Życiówka z Poznania i najtrudniejszy biegowy tydzień tuż po niej :)

 

wiosna idzie!

Miałem w swojej przygodzie treningowej trudne tygodnie. Jeden szczególnie utkwił mi w pamęci: 32h treningu. W jego II części musiałem odmówić jednego szkolenia, bo nawet przy moich dobrej znajomości organizacji czasu pracy i logistyki, zasnąłbym za kierownicą. A, i tak zasypiałem o 20 😊. Ze zmęczenia. Było to u Darka Sidora, ale i też to po tych hardkorowych tygodniach zrobiłem obecną i pewni już foreverową życiówkę w IRONMANIE (8h48’). U Tomka Kowalskiego też były takie tygodnie. No może z mniejszą liczbą godzin, ale równie intensywne, co w połączeniu z ilością szkoleń dawało po garach. Moją traumą są dni po wygranych MŚ w duathlonie, kiedy to w ndz wróciłem autem z Danii, a we wtorek szkoliłem już we Wrocławiu normalnie trenując i ciągnąć cały cyrk. A dopełnieniem był wieczór kiedy kończyłem rower w pokoju hotelowym akcentem 15’ typu all out, zszedłem z roweru, i od razu zaległem w łóżku. No dobra po prysznicu. Ale owsiankę potreningową jadłem już na wpół śpiący. A rano od 6 (bo od 9 szkolenie) było bieganie 1, 2, 3 i 4-minutówek po circa 3:20 – 3:00’/km. Wtedy miałem fulla maxima. Ale jak wytłumaczył kolega kołcz, chodziło o pracę na zmęczeniu, a mini roztrenowanie mieliśmy zrobić po ME w tri na dystansie olimpijskim, które odbywały się przecież chwilę po MŚ w duatlonie.

Piszę to, bo po zawodach w Poznaniu (o nich akapit na końcu), miałem deja vu. To, co charakteryzuje u mnie dobrze przebiegnięte zawody to biorący się prawdopodobnie z wylania całego glikogenu  i jednak kiepskiej techniki biegu, tonus mięśni czworogłowych. I to taki, że czuję jakbym robiąc krok miał kamienie, zamiast mięśni. Zwykle masaż na drugi dzień pomaga. I choć po zawodach wróciłem do Olsztyna, to na drugi dzień rano jechałem już do Wwy, gdzie na popołudnie zamówiłem sobie poi szkoleniu masaż z dojazdem. Masażysta został uprzedzony, że ma być ostrożny, ma polikwidować napięcia po zawodach. Żadnej filozofii. Jednak tak skoncentrował na łydkach, punktach spustowych na dupie i odcinku lędźwiowym… że na uda nie starczyło mu czasu. Więc te uda odbijały mi się czkawką przez cały tydzień. Codziennie dwa treningi, kończone naprawdę na sztywnych nogach. W czwartek w planie stało 18km BC2, które mimo, że robione na RPE 7-8, to kończyło się po ciemku i naprawdę wtedy ubiłem te nogi już na amen. W piątek kolejna wizyta u fizjo (tym razem w Ol) i pracujemy z Marcinem moooocno nad rozluźnieniem czwórek, głównie poprzez pracę na/w brzuchu. Dopiero jakiś czas temu dowiedziałem się, że akurat u mnie to punkty spustowe w mięśniu biodrowo-lędźwiowym są kluczem w rozluźnieniu „czwórek”. W sumie odkryłem to przez przypadek, kiedy raz jeden z fizjo „robił mi przeponę” i przypadkowo nacisnął na mięsień w brzuchu, od którego poczułem znajome promieniowanie bólu do uda właśnie. I od tamtej pory życzę sobie taką pracę, a nie gniecenie (choć to też) czwórek. U mnie działa wyśmienicie. I choć sobotnie poranne i południowe 2 x 50’ ciągle na sztywnych nogach, to w niedzielę, podczas 3x4km w tempie zacnym, było już odczuwalnie lepiej. Tylko, że tym treningiem z powrotem załatwiłem mięśnie i tak „w kółko Macieju”. Ale dzisiaj wolne i kolejny masaż 😊

Trudny tydzień to: 1800km w aucie, Poznań, Olsztyn, Warszawa, Sulejów, Olsztyn, 5 dni szkoleniowych. 2 treningi kończone po zmroku. Naprawdę dało mi to w kość. Na szczęście idzie wiosna, ma być przynajmniej cieplej, więc może wrócą krótkie spodenki.

Na koniec dwa słowa - archiwum - ostatniego startu. To co się na nim wydarzyło, ale i w całym MG, kiedy naprawdę biegałem szybko, uświadomiło mi, że chyba urwał mi się w głowie jakiś element układu scalonego z MASTER OPORNIKIEM. Na bieżąco, po zawodach, mówiłem Tomkowi, że owszem bolało, że na ostatnich 2km nie było już nóg, ale jak spojrzałem na 5km i zobaczyłem 16.20, to świadomie chciałem drugie 5km polecieć szybciej (16.05). I to po raz kolejny odblokowało mi to głowę. Odblokowało, pokazując, że naprawdę nie ma co się ograniczać. A przede wszystkim bać. Bolało, boli i boleć będzie. Ale w mięśniach, w wątrobie, ale nie w głowie. Jasne miałem na ten start pewne założenia (chciałem pobiec w okolicach 3:20/km), ale jeśli szło dobrze i była grupa, to czemu nie próbować? Podobnie podczas niedzielnych 3x4km. W MG nie potrafiłem biegać ich szybciej niż 13’16” (mój najlepszy czas z 3 bieganych tam tego typu treningów). Dzisiaj najlepszy (ostatni z 3) odcinek pobiegłem w 13:06. Czy bolało? TAK, Czy dyszałem? A jakże. Ale biegając na wahadle, naprawdę można pracować z głową i nad głową. Każdy odcinek pomierzony, na każdym właściwie odcinki można sprawdzać jak się ma do poprzedniego i ten poprzedni jest benchmarkiem – wystarczy umieć z tą głową zapracować. A przypomnę, był to trudny trening, w tygodniu postartowym, który kończę z 128km na liczniku (jeden dzień wolny). Duma to za mało powiedziane. Jestem z siebie mega zadowolony. Choć to był jeden na najtrudniejszych tygodni treningowych w moim życiu. A już na pewno najtrudniejszy biegowy tydzień. Ale widocznie jest w tym szaleństwie, nazywanym: „treningi na zmęczonych nogach”, jakaś metoda.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga